Maksymalizm mariologiczny i jego tropiciele. Kto ma rację w sporze o kult maryjny?

Od II Soboru Watykańskiego trwa w Kościele katolickim walka z tak zwanym maksymalizmem maryjnym. Jej zasadniczą inspirację stanowi ruch ekumeniczny i przekonanie, zgodnie z którym Kościół winien zrezygnować z części swoich tradycji czy nauk, żeby polepszyć stosunki z protestantami. W tym sensie walka ta jest poważnym błędem i jednym z elementów próby dogłębnej przebudowy Kościoła. Faktem jest jednak, że choć nie ma granic we właściwie rozumianej pobożności maryjnej, to może być ona niezdrowa – na przykład wtedy, gdy budowana jest na wątłym fundamencie niesprawdzonych prywatnych objawień zamiast na mocnym gruncie Pisma, Tradycji i świętych Kościoła.

Konflikt po(soborowy)

Konflikt o miejsce Matki Bożej w nauczaniu i pobożności Kościoła wydawał się być rozstrzygnięty przez II Sobór Watykański. Podczas gdy wielu gorliwych czcicieli Maryi, w tym z Polski, pragnęło, aby zgromadzenie ogłosiło specjalny dokument poświęcony Najświętszej Panience, potężne skrzydło progresywne, związane zwłaszcza z katolicyzmem niemieckojęzycznym, zdecydowanie blokowało te starania. W oczekiwaniach biskupów polskich nie było niczego niewłaściwego, wprost przeciwnie. Chcieli rozwijać intuicje zawarte w Tradycji Kościoła, dając praktyczny wyraz nie tylko dziedzictwu polskiej pobożności maryjnej, ale również wspaniałemu nurtowi, który uzewnętrznił się w pismach nie tylko świętego Ludwika Marii Grignion de Montforta, ale i wielkich Doktorów Kościoła, św. Bernarda z Clairvaux i św. Alfonsa Marii de Liguori. Niemiecka delegacja soborowa, wsparta w części choćby przez delegację z Ameryki Południowej, wysuwała przeciwko Polakom i innym szczególnie maryjnym hierarchom obiekcje głównie natury ekumenicznej. W ich przekonaniu na przykład przydawanie Matce Bożej nowych tytułów wskazujących już nie tylko na Jej cnoty, ale również na, można rzec, pewne żywotne funkcje w Chrystusowym dziele zbawienia, mogłoby zaciemnić katolicko-protestanckie relacje. Oczywiście za tymi głosami kryła się nie tylko troska o sam dobrostan tych relacji, ale również podzielanie przez formułujących takie zastrzeżenia biskupów zasadniczych linii protestanckiej krytyki katolickiej maryjności.

Skrzywienie historycznego filologizmu

Tu kryje się główny problem. Protestanci żywią z gruntu fałszywy obraz Matki Bożej. Opierając się wyłącznie na Piśmie Świętym traktują Maryję tylko jako wzór do naśladowania, Jej rolę w dziele zbawienia widząc jedynie w konkretnym punkcie historycznym. Katolicy opierający się z kolei nie tylko na Piśmie, ale również na Tradycji, nie godzą się na zamknięcie Najświętszej Panienki w sztywnym schemacie zbudowanym przez filologów i historyków, dostrzegając całą pełnię Jej wyjątkowej i wciąż trwającej roli. W szerszym sensie spór soborowy dotyczył tego, czy Maryja „po prostu” urodziła Jezusa i na tym wszystko się kończy, czy też Bóg chciał od niej, aby również po wniebowzięciu niosła Kościołowi walczącemu wydatną pomoc. Odwołując się do retoryki współczesnego ruchu feministycznego można byłoby powiedzieć, że podczas gdy katolicy uważają Maryję za Boże tabernakulum, protestanci chcieliby widzieć w Niej swoisty „inkubator” Boga – i nic więcej. Takie ograniczone, obraźliwe wręcz spojrzenie było i pozostaje dla wiernych Kościoła nie do przyjęcia.

Pozorne zwycięstwo

W tym sensie Soborowy fakt odrzucenia postulatu opracowania szczególnego dokumentu maryjnego oraz nadania Matce Zbawiciela kolejnych tytułów w pierwszych latach posoborowych traktowany był jako zwycięstwo nurtu ekumenicznego wiążące się z koniecznością ograniczenia aktywności „maksymalistów” maryjnych. Z upływem lat ujawniło się jednak, że były to tylko pozory. W istocie rzeczy Sobór Watykański II włączając rozważania o Matce Bożej do konstytucji o Kościele Lumen gentium podkreślił jedynie, jak ściśle Maryja – Matka Kościoła – związana jest z Mistycznym Ciałem Chrystusa. Okazało się, że soborowe nauczanie nie jest dla żadną przeszkodą dla tych czcicieli Maryi, który nie chcą po protestancku zamykać jej w „naukowym” obrazie budowanym przez „ekspertów” na gruncie krytycznej egzegezy Pisma. Lumen gentium może być doskonale wykorzystywane jako podstawa do krzewienia prawdziwie katolickiej pobożności maryjnej, nie stroniącej ani od należytych tytułów, ani od bogatych i pełnych czci określeń osoby i roli Matki Bożej, ani od właściwego dostrzegania Jej szczególnego znaczenia w ludzkim pielgrzymowaniu do Chrystusa.

Maryja, Matka Boga, czy „Maria, dziewczyna z Nazaretu”?

Współcześnie oskarżenia o „nadmierną maryjność” formułowane są przede wszystkim wobec tych katolików, którzy chętnie korzystają z obfitej spuścizny ludowych tradycji nabożeństwa do Najświętszej Panienki. Jeżeli nawet ludzie zafascynowani protestanckim minimalizmem maryjnym uczestniczą w tych czy innych kościelnych praktykach maryjnych, czynią to nierzadko z pewnym przymrużeniem oka, z jakimś wewnętrznym dystansem, a może nawet duchową arogancją: a niechże tam, klęknę już i odmówię Litanię Loretańską, zaśpiewam tę czy inną pieśń czy schylę głowę przed Jej wizerunkiem, w końcu szanuję Maryję, nawet jeżeli wiem, że to jest wynikająca z ciemnoty przesada, bo prawdziwa Maryja to w ogóle nie „Maryja”, tylko Maria, prosta dziewczyna z Nazaretu…

Tego rodzaju nurt umniejszania wyjątkowości Maryi szerzy się dzisiaj, niestety, coraz prężniej, a katolik często jest konfrontowany z uwłaczającym godności Najświętszej Panienki Jej wizerunkami czy słownymi przedstawieniami. Wiąże się to nie tylko z różnymi ideologiami, jak LGBT, ale przede wszystkim z ogólnym upadkiem zdolności współczesnej kultury do przeżywania sacrum. Święta Maryja musi zostać sprowadzona do dziewczyny Marii, bo inaczej nowoczesny katolik nie chciałby mieć z Nią niczego wspólnego, nie umiałby nawet na Nią spojrzeć. Przecież w jego polu widzenia nie ma miejsca na „rygoryzm” czy „radykalizm”, mieści się w nim tylko życie wiarą „w świecie” i tak wielka otwartość na znaki czasu, że smutna Matka Boża z Częstochowy rodzić może już tylko grymas niezadowolenia. To zbyt archaiczne, zbyt sztywne, nieludzkie, a Maria z Nazaretu była przecież człowiekiem…

Owszem, była, wszelako nie człowiekiem zwykłym, bo pozbawionym zmazy grzechu pierworodnego. Kościół katolicki rozumiał zawsze, że ta prawda ma wielkie konsekwencje, które wyrażają się pięknie w codziennej pobożności i w naukach głoszonych przez Urząd Nauczycielski Kościoła. Liberalni intelektualiści sądzą, że dopiero postoświeceniowa filozofia pozwala na wydobycie ze skarbca Kościoła tego, co naprawdę cenne, podczas gdy poprzednie epoki, błądząc we mgle ignorancji i zabobonów, co i rusz myliły złoto z pozłacaną tandetą. Nie ma sensu przejmować się tymi zarzutami. Nie istnieje żadna przesada w zdrowej, to znaczy opartej na Piśmie i Tradycji, pobożności maryjnej; to tylko rojenia tych, którzy chcieliby obalić Kościół jako zarazem starożytny i żywotny organizm, przekształcając go w sztucznie przebudowany konstrukt tyleż nowoczesnej, co tymczasowej myśli.

Są tropiciele maksymalistów… A co z minimalistami?

Boli, gdy do tego nurtu przyłączają się czasem oficjalne czynniki hierarchii kościelnej, jak to miało w ostatnim czasie miejsce również w Polsce. Troska o doktrynalną poprawność jest ze wszech miar wskazana i jeżeli jakikolwiek kapłan czy świecki głosi, również na temat Matki Bożej, stwierdzenia niepoprawne, interwencja jest konieczna. Marzy mi się jednak sytuacja, w której tropiciele mariologii maksymalistycznej będą z tym samym zapałem co „maksymalistów maryjnych” ganić również tych, którzy są maryjnymi minimalistami – lub którzy błądzą w innych zupełnie sferach kościelnej nauki. Zastanawiam się, na przykład, jaki los spotka księży, zakonników i zakonnice, którzy w przestrzeni publicznej opowiadali się za legalnością zabijania dzieci nienarodzonych. Zastanawiam się już od co najmniej dwóch lat, kiedy takie właśnie głosy towarzyszyły wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego – a czas płynie i nie dzieje się w tej sprawie nic. Św. Jan Paweł II przestrzegał przed maryjnością, która rozciągałaby na Matkę Bożą wszystkie prerogatywy Chrystusa. Słusznie! Ale o wiele częściej przestrzegał przed tymi, którzy pod pozorem chrześcijańskiego miłosierdzia afirmują cywilizację śmierci.

Nadmierne umiłowanie nadzwyczajności

Jest oczywiście niepodważalnym faktem, że we wszystkim należy zachować racjonalność, również we czci dla Najświętszej Panienki. Nie można przecież Maryi uchybić tym, że stosuje się wyśrubowane nawet kryteria ostrożności oceniając na przykład wiarygodność przekazów mówiących o Jej zjawianiu się wobec żyjących dziś ludzi. Jestem głęboko zaniepokojony widząc, jak wielką popularnością w Polsce cieszą się różne prywatne „objawienia”, których Kościół nigdy nie uznał za prawdziwe, a co do których istnieją nieraz nader poważne wątpliwości. Jednym z na to przykładów jest fenomen Medjugorie. Przy całym szacunku dla pobożności wielu Polaków, którzy pielgrzymują tam z miłości do Maryi, wierząc, że Niepokalana tam przemówiła czy nadal przemawia, nie można zamknąć oczu na fakt, że „widzący” z Bośni i Hercegowiny włożyli w usta Najświętszej Panienki również heretyckie stwierdzenia, jak choćby to o rzekomej równości wszystkich religii – Jej, pogromczyni wszystkich herezji! Nie można, sądzę, promować ani wzmacniać ruchów, które deklarując cześć dla Matki Bożej opuszczają grunt katolickiej doktryny, przedkładając emotywizm i umiłowanie nadzwyczajności nad umiłowanie prawidłowej nauki. W dobie internetu, który tak chętnie przyjmuje i nagłaśnia to, co ma posmak cudowności i co wymyka się racjonalnemu poznaniu, zachować trzeba szczególną czujność – również, a może przede wszystkim, w kwestii maryjnej. Wymaga od nas tego cześć dla Matki Chrystusa i Matki Kościoła, którą jako Polacy tak bardzo miłujemy – wszelako w prawdzie. Pobożność maryjna nigdy nie może być zbyt wielka, pod warunkiem, że będzie zdrowa – oparta na Piśmie Świętym, Tradycji i przepowiadaniu świętych.

Na drodze ku Maryi i Chrystusowi

Nie dajmy się zatem zastraszyć tym, którzy tropią „maksymalistyczną maryjność”, wykazując się przy tym całkowicie niezbalansowaną troską o czystość katolickiej doktryny. De Maria nunquam satis, jak powiedział św. Bernard z Clairvaux – o Maryi nigdy dosyć, pod warunkiem, oczywiście, że Matka Boża odsyłać będzie do swojego Syna, w którym wyłącznie jest zbawienie. Tego polskim katolikom jednak nie trzeba przypominać: dla nas, tak jak uczy tego Tradycja Kościoła, Królowa Aniołów nie jest przecież nigdy celem samym w sobie, ale Bramą, która prowadzi do Ukrzyżowanego. Uważajmy na niepotwierdzone doniesienia i dbajmy o to, by pobożność maryjna czerpała ze zdrowych i sprawdzonych miejsc, takich choćby, jak wspaniała i bogata tradycja polskiej pobożności ludowej – a przede wszystkim wielkie traktaty papieży, świętych i Doktorów Kościoła.

Paweł Chmielewski

Artykuł Maksymalizm mariologiczny i jego tropiciele. Kto ma rację w sporze o kult maryjny? pochodzi z serwisu PCH24.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.